Mroźny, tym razem styczniowy wieczór. Nic nadzwyczajnego, prawda? Śnieg
delikatnie, ale jednak pada, a ja włóczę się po mieście próbując nie
wchodzić na teren różnorodnych sfór, co nie jest zadaniem łatwym.
Owszem, biegam dość szybko, ale to nic z porównaniem do 20-osobowej
sfory Bad Mutt. Nie mam po prostu szans z tak wielką sforą. Zmierzałam
jak co dzień pod drzwi kuchni restauracji "Pod Psem". Kucharzem i zarazem
właścicielem restauracji był 50-letni Jerry, kochający psy. Zawsze
zostawiał pod drzwiami pyszne klopsiki w sosie pomidorowym i kości z
kurczaka.. czasami też kawałek jego mięsa. Mimo, że nie miałam dużego
zaufania do ludzi, to jednak tego człowieka lubiłam. Lubiłam, nie
kochałam, by komuś się nie pomyliło... nikt nie zastąpi MOJEJ Harper.
Nikt, ŻADEN człowiek. Ze smakiem zaczęłam przeżuwać wyśmienitego klopsa z
sosem pomidorowym. Nagle poczułam zapach psa. Odwróciłam się i
rzeczywiście przede mną stał pies. Zawarczałam ostrzegawczo.
<Fado?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz