sobota, 2 stycznia 2016

Od Fado - CD opow. Nory

  Paul właśnie wyszedł na spotkanie ze znajomymi. Namawiali go na to kilka dni, aż w końcu nie miał co odpowiedzieć. Zostawił mi miskę świeżej wody i ulubioną karmę, a także zabawki. Zapewne sądził, że będę na niego grzecznie czekał. Cóż, grubo się mylił. Nie chciałem, aby się martwił po powrocie, postanowiłem, że wybiorę się tylko na krótki spacer, przekąszę coś na mieście (lubię ten dreszczyk emocji) i wrócę.
  Wymknąłem się z domu przez klapkę w drzwiach, przeznaczoną dla psów. Na dworze było mroźno, większość ludzi została w swoich ciepłych mieszkankach, gdyż nie przepadali za śniegiem ani oblodzonymi ulicami i wszędobylskimi soplami. Padający ospale od popołudnia śnieg, jakby na moment zapomniał jakie jest jego zadanie; lepił się do wszystkiego, na co tylko natrafił. Idąc chodnikiem, widziałem, jak roześmiane dzieciaki zbierały go z zaparkowanych niedaleko samochodów, niskich dachów szop oraz garaży, schodów lub innych obiektów, po czym lepiąc bałwana bądź rzucając się mokrymi śnieżkami, powoli zamieniały swoje ubrania w cieknące łachy. Jedna z babć obserwujących to przez okno, złapała się za głowę i wyszła czym prędzej na podwórko, zarzucając na siebie jedynie kurtkę. Pomachała wnuczkowi groźnie palcem, a następnie zabrała zawstydzonego chłopczyka do środka. Jego koledzy śmiali się z tej sytuacji do rozpuku.
  Kiedy znalazłem się na ulicy, zaskoczyły mnie ogromne pustki. Po drodze ostrożnie przemieszczały się auta. Kierowcy mieli skupione miny, co wyglądało, tak, jakby wykonywali czynność niezwykle złożoną i wymagającą uwagi.
Byłem już w centrum. Zmierzałem do restauracji Pod psem, licząc na wyborne klopsiki w sosie pomidorowym, zostawiane dla czworonogów przez jej właściciela. Z daleka zauważyłem, że nie będę jadł sam. Przy dużej misce nachylała się biszkoptowa suczka. Wyglądała na miłą, dlatego byłem pewien, iż się ze mną podzieli posiłkiem. Jednakże, gdy podszedłem bliżej, ona poczuła mój zapach i warknęła. Pomyślałem, że nie mogę być gorszy. Z mojego gardła wydobył się długi charkot.
- To nie tylko twoja micha - powiedziałem zdecydowanym tonem.
- Odejdź stąd - syknęła, mrużąc oczy.
- To jest wspólne! - powtórzyłem zdenerwowany.
Psina szczeknęła.
- Ani moje, ani twoje - odparowała. - Kto pierwszy, ten lepszy.
- Jerry zostawił jedzenie dla wszystkich - podkreśliłem ostatnie słowo.
- Spadaj! - burknęła, robiąc skok w moją stronę.
- Hej, hej! Opanuj się, koleżanko. Co ty sobie wyobrażasz?!
- Nic... - rzekła cicho i odwróciła się. Czy jej było przykro? Tak, chyba tak. - Wiem, że te klopsiki są przeznaczone dla każdego psa, ale jestem taka głodna...
- Em... Wiesz co? Mam pomysł - to tutaj zostawmy innym. Mam dużo pysznej karmy. Chętnie cię poczęstuję! - zadecydowałem, że jej pomogę. - A tak w ogóle, to jestem Fado.

<Nora, dokończysz?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz